Witam! Mam na imię Jola. Mieszkam w Wejherowie (Kaszuby). Kocham ludzi i tradycję może dlatego, że wakacje spędzałam przeważnie we wsi Loryniec (Wdzydze Kiszewskie). Przez wszystkie lata dojrzewania towarzyszyła mi domowa atmosfera, drewniane wnętrza, rodzinne spotkania i smakołyki. Wspominam to jako dobre czasy - dlatego też przedsięwzięcie które zaplanowałam ma oddawać tamte "klimaty". Chcę się nimi podzielić z innymi - czyli z Wami.
Zapraszam wszystkich czytelników wraz z rodziną i znajomymi do śledzenia bloga, a w dniu otwarcia "Dobrych Czasów" na filiżankę dobrej kawy oraz skosztowanie domowego ciasta :).

niedziela, 20 września 2020

Szufladka wspomnień

       

 

Dorastałam w Wejherowie.

Szliśmy do szkoły i z powrotem zawsze z  przyjaciółmi. Nasza kolacja była o 19 godzinie. Jedzenie w restauracji nigdy się nie wydarzyło. Tego po prostu nie było.Zdejmowałam szkolne ubrania, jak tylko wróciłam do domu i zakładałam ubrania "po domu". Musieliśmy odrobić lekcje, zanim pozwolili nam wyjść na zewnątrz. Zjadaliśmy obiad przy stole zawsze około 16,00 – bo w tym czasie Tata wracał z pracy. Nie było takich rzeczy jak rozmowy prywatne, telefony komórkowe nie istniały! Taki na „sznurku” to też nie w każdym domu był. Telewizja miała tylko kilka kanałów. Właściwie to 1!  Z czasem pojawiła się w tv dwójka – to było już COŚ .Musieliśmy zapytać przed zmianą kanału. Graliśmy w policjantów i złodziei, w chowanego, wojnę,  skakaliśmy w gumę i na skakankach . Kapsle były do zabawy , chyba każde dziecko komuny to pamięta. Chłopcy grali w piłkę nożną na ulicach – było bezpiecznie, bo samochodów mało. Pobyt w domu był karą i jedyne, co wiedzieliśmy o ′′ znudzeniu ′′ to --- ′′ Lepiej znajdź coś do roboty, zanim znajdę to dla Ciebie!" Zjedliśmy to, co mama zrobiła na obiad, nikt nas nie pytał „co chcecie na obiad”. Czasami Mama pytała jakie ciasto upiec’

 


Wszyscy byli mile widziani i nikt nie wyszedł z naszego domu głodny. Jak nie było ciasta to przygotowywaliśmy chociaż kanapki do kawy lub herbaty.

 Nie było wody butelkowej, piliśmy z kranu lub węża ogrodowego na zewnątrz (i wszyscy zdrowi) , chociaż woda czasami była lodowata. Latem kompot z rabarbaru lub innych owoców rosnących w przydomowym ogrodzie. Naszym ulubionym poczęstunkiem była  od czasu do czasu kromka chleba z masłem i cukrem – na tamte lata – prawdziwa pychota.

Oglądaliśmy kreskówki w sobotnie poranki, w poniedziałki Zwierzyniec, a w czwartki "Ekran z bratkiem „–piękne chwile. Jeździliśmy godzinami na rowerach, pływaliśmy w rzece.

Nie baliśmy się niczego. Graliśmy do zmroku... zachód słońca był naszym czasem powrotu do domu (a nasi rodzice zawsze wiedzieli, gdzie jesteśmy).

Gdy ktoś się kłócił, oto co było , to i tak znowu byliśmy przyjaciółmi – czasami już po godzinie. 



 Szanowaliśmy starszych ponieważ wszystkie ciotki, wujkowie , dziadkowie, babcie i najlepsi przyjaciele naszych rodziców byli przedłużaniem naszych rodziców, a Ty nie chciałeś, żeby powiedzieli Twoim rodzicom, jeśli źle się zachowywałeś! To były  dobre czasy. Tak wiele dzieci dzisiaj nigdy nie dowie się, jak to jest być prawdziwym dzieckiem. Kochałam moje dzieciństwo – wiem że ktoś powie że kocham wspomnienia bo byłam młoda -  może i tak, ale przyjażnie zawarte w dzieciństwie przetrwały do dzisiaj i to jest też piękne; Wszystko to co działo i dzieje się po wejściu w dorosłość  zaliczam  do tego  co po...

Jedni się rodzą , inni odchodzą i żyją tylko w głębi naszych serc. Wspomnienia zostają , są różne , ale jakie by nie były, są częścią nas samych -  naszego życia. 

 Nie wszystko udaje się powiedzieć na czas , zostają niedomówienia , często żal do samej siebie...bo jeszcze chciałoby się coś przekazać, opowiedzieć ….

Takie jednak jest życie i prędzej czy później trzeba się zmierzyć ze wszystkimi jego konsekwencjami. 

 Bardzo się staram zapamiętywać tylko to co dobre ... bo moje życie to dobre czasy …..  a szufladka wspomnień zapełnia się każdego dnia....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz